Prawdziwi twardziele nie boją się piachu

Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu piachu będzie mało nanananana ….

Przy swojskich przyśpiewkach wyruszyliśmy do Olkusza na Bike Atelier Maraton. Była cudowna pogoda, chmury, deszcz i w miarę chłodno, wręcz cudo *_*
Pieseł spał na tylnej kanapie a my mknęliśmy przed siebie kilometr po kilometrze. Przygotowania do maratonu to już u nas tylko chwila przed wyjazdem i zawsze jesteśmy pełni podziwu dla samych siebie.

Z uśmiechami od ucha do ucha wjechaliśmy na parking tuż za namiotem naszego sponsora :D
Pies zadowolony od razu zaznaczył swoją obecność na trawie ….

Emiś poszedł odebrać pakiety startowe dla całego teamu a Ja z Ariranią rozsiadłyśmy się na leżaczkach pod namiotem Taurus-a. Rozmowom nie było końca, czasu w brud, dalej kapało z nieba więc relaks pełną gębą. Zadowolona łapałam chwilę.
Czas płynął, powoli zjeżdżał się team, robiło się tłoczno w całym Silver Parku, a chmury ustępowały słońcu i zaczęło robić się parno.

Zagadnęłam Rafała, który cuda robi na swoim rowerze trialowym, że może coś by poskakał a Ja mu zrobię kilka zdjęć ? Już wcześniej, w międzyczasie powskakiwał sobie na scenę więc stwierdziłam, że się rozgrzał hihihihihi. Obok wspomnianej sceny, był przygotowany teren do takich wyczynów z wielkich głazów, belek i innych cudów. Jak się później okazało, podczas rozmowy, zaprojektowany właśnie przez Rafała.

Spędziliśmy na tym „placu zabaw” ładne pół godziny, wzbudzając zainteresowanie i niezły szoł. Trochę Rafała pomęczyłam ale za to ma fajne zdjęcia :D
Ok wróćmy do rzeczywistości.

Zbliżała się nieubłagalnie godzina startu. Pożegnałam się z Remkiem, życzyłam mu powiedzenia, buzi, kopniak na szczęście i widzimy się na mecie. Zgarnęłam Ariskę spod namiotu i do organizatora, po mapkę trasy. „Nie ma mapki, proszę sobie zobaczyć na stronie, tam jest filmik”. Hmmm tak był ale z maratonu z zeszłego roku. W tym sezonie, to kolejna impreza, na której nikt nie pomyślał o tym, żeby wywiesić mapę trasy. Rozumiem, że dla zawodników może frajdą jest efekt zaskoczenia, ale nie każdy siedzi na siodle i ściga się z innymi. Było wielu ludków z aparatami, którzy dookoła się pytali (łącznie ze mną) jak leci trasa, żeby wybrać sobie dogodne miejsce, jak i kibiców, którzy chcieli w ciekawym miejscu oklaskiwać kolarzy. No nic trudno wrrrrrrrr
Stwierdziłam, że jak zawsze, pójdę od mety i się zobaczy, gdzie wyląduje. Hmmmm tylko jak dojeżdżają do mety …….
Mój szlak trafizm narastał a czas uciekał. Nagle zobaczyłam jadącego kłada z organizatorem. Kto jak kto, ale chyba On będzie wiedział, jak leci trasa. Wyskoczyłam mu pod koła jak Drakula z trumny i zatrzymałam. Mądry misio ze mnie, bo tak jak przypuszczałam, wiedział !!

Co się okazało, ostatni kilometr do mety, zawodnicy jadą przez Silver Park (na którym była baza i namiot Taurusa). Aż oniemiałam z zachwytu.

Na początek poleciałam nieco za start, w okolice przystanku autobusowego. Tam napoiłam moje zwierzę, bo już solidnie sapało, a sama położyłam się na chodniku i polowałam na rowery. Podobno wzbudziło to nie małe zainteresowanie wśród kolarzy, jak mi zrecenzował później Remek, ale czego się nie zrobi dla dobrej fotki.
Ruszyli, przejechali, a Ja mogłam się wyzbierać, otrzepać i iść nazot.
Miałam jakieś 2,5h luzu, więc to był dobry moment na obczajenie dogodnego miejsca na zdjęcia przy mecie. Po drodze spotkałam żonę i syna naszego Patryka z teamu, więc zgarnęłam ich ze sobą. Chodziłyśmy po usypanych chopkach, górkach, rynnach i innych atrakcjach, które były przygotowane na sam koniec. Fantastycznie !!!! Końcówka rewelacyjna. Na samym końcu była dzida w górę hahahahaha oj już mi było żal zawodników.
OK, trasa pooglądana, miejsca do polowania na ujęcia wybrane, więc mogłyśmy wrócić na leżaczki. Najbardziej zadowolona była futrzana bestia, która miała stały dostęp do wody i cienia. Mój relaks nie trwał długo, bo jak się okazało, wspomniany wcześniej Patryk, jechał krótszy dystans, więc miał być na hopkach za jakieś 20 min.
Zostawiłam Ariskę w przedszkolu, tj. pod opieką Rafała i Mariusza z Taurus i poleciałam na końcówkę trasy. Trzeba umieć się ustawić hahahahaha.

Patelnia była już solidna, żar lał się z nieba, ale prawdziwi twardziele piachu i upału się nie boją. Tyle co dotarłam na zjazd z solidnej górki, patrzę Patryk. Uffff zdążyłam. Coś tam do niego krzyczałam, sama nie wiem co, w końcu to emocje.
Zaczęło się moje bieganie. Tu górka, tu chopki, tu znowu dzida w dół. Pot lał się ze mnie strumieniami. Byłam tak zakurzona, że można było spokojnie nazwać mnie „żółtkiem”.  Przycupnęłam przy fajnej rynnie po zjeździe z góry. Było tam już kilka osób fotografujących i oglądających, ale na zewnętrznej zakrętu. I wtem słyszę ….. „stoi Pani w niebezpiecznym miejscu”. Jakież było moje zdziwienie, że te słowa były kierowane do mnie. Krótka polemika i tłumaczenie Pani praw fizyki, że to akurat nie Ja stoję na wypadkowej !! Doświadczenie z Rajdów się przydało ….
Czas płynął, skończyła mi się woda, a upał był coraz większy. Bieganie po trasie i kilka razy pod górkę wykończyło mnie absolutnie. Z utęsknieniem i efektem fatamorgany, patrzała na rysujący się żółty namiot Taurusa i świadomość nieskończonej ilości wody.
Minęła mnie już czołówka …. Musiałam wytrzymać !! Powiedziałam sobie, że jak minie mnie dwóch Taurusków, to zmieniam miejscówkę. Nie ważne kto to będzie. Jak powiedziałam, tak zrobiłam, bo nie lubię mieć wszystkich zdjęć z tego samego miejsca. Wykrzesałam z siebie resztki sił i zmusiłam mięśnie do ruchu. Czekała mnie kolejna dzida w dół a z tyłu głowy majaczyło tylko jedno zdanie: zaraz pojedzie Remek, szybko, tylko nie spadnij !!!!
Podchodzę do skarpy, a na dole moją miejscówkę zajął już Paweł z Velonews. Nosz co za nikczemne zachowanie. Za karę zrobiłam mu ładne zdjęcie hahahahhaha
Ułożyłam się obok niego i czekałam na swoich. Długo nie musiałam tam leżeć, bo Emiś pędził jak strzała, wyprzedzając topowych zawodników (tak, tak, duma mnie rozpiera). Za nim pojawiła się nasza koleżanka Ania i moja Ola z Bielska, która była wykończona, ale o dziwo słyszała jak się do niej darłam. W końcu przejechali wszyscy.
Uradowana mogłam wrócić do bazy. Ogarnęłam wzrokiem sytuację: niańki na leżaczkach w cieniu a pieseł chrapie zadowolony, brzuchem do góry pod autem :D Jest git.
Na dzień dobry wypiłam pół butli.
To był maraton, który i mnie wykończył. Nie dość, że latałam jak pofyrtana to jeszcze na koniec zobaczyłam, jak cudownie zjarałam sobie rękawki na 4 tygodnie przed ślubem ……..

Script logo