Rajd Rzeszowski czyli od drugiej strony drogi

Siedzę w pracy, skupiam się nad zdjęciami, kiedy nagle rozbrzmiewa mój telefon wesołą melodyjką. DZWONI BOGDAN !! Po wymianie uprzejmości, pada kulminacyjne pytanie – „możesz na rajd jechać w czwartek ??”

Oczywiście ….

Tydzień pracy sporo mi się nagle skrócił więc musiałam mocno przycisnąć, żeby się ze wszystkim wyrobić. W końcu kartka z kalendarza przewróciła się i pokazała czwartek. 

Punkt 4:00 rano wyją wilki !!! Budzik oznajmia, że czas wstawać. W godzinę ogarnęłam mą osobę. Dziwnym, wcześniej niespotykanym tunelem czasoprzestrzeni, po kolejnych 43 minutach, znalazłam się w Tychach. A pędziłam cały czas, jakże zaspaną stóweczką (100km/h). 

Już na miejscu, Dominik, jak panienka z okienka, przywitał mnie brodatą twarzą. Szybkie przepakowanie się do drugiego auta i heja na autostradę, wprost do Czudca. Długo nie jechaliśmy i już po 9:00 cel podróży został osiągnięty. Kolejne szybkie przepakowanie, tym razem rozładowanie się do pokoi i dalej w drogę. Nie było 10:30 jak już pełną ekipą ruszyliśmy w stronę Lubeni i Pstrągowej, naszych odcinków, które trzeba było przygotować do dwudniowego rajdowania. 

O 11:00 była już taka patelnia, że zostawiliśmy włączone tylko funkcje życiowe. Mateusz rozdysponował ludzi za poszczególne auta i zadania i ruszyliśmy do nierównej walki z czasem i upałem. 

Taśmowanie odcinka, tworzenie stref kibica, udawanie rybaków i chłodzenie się w strumyku zajęły nam pół dnia. Oczywiście nie obyło się bez atrakcji jakie (tym razem) zafundował nam Janusz ….. Stan nieważkości nad watersplash`em – to przeżycie zostanie ze mną do ostatnich mych dni hahahahhah

Kiedy skończyliśmy taśmować Lubenie nie było czasu na świętowanie, musieliśmy się przemieścić i przygotować nasz sobotni OS. Na Pstrągowej poszło nam nieco wolniej, ponieważ odcinek był o 4km dłuższy. Choć na naszym drugim odcinku, taśmowanie obyło się już bez atrakcji. Kiedy dzień chylił się już ku końcowi, byliśmy wykończeni.  W Czudcu byliśmy po 20:00. Po całym dniu pocenia się jak przy żniwach, marzyliśmy wszyscy tylko o zimnym prysznicu i kolacji. Z moją fantastyczną współlokatorką ogarnęłyśmy się w godzinkę i już zacierałyśmy ręce żeby poczuć mięciusią podusię pod głową a tu buba. Same strzeliłyśmy sobie w kolano, bo otworzyłyśmy nie tylko okna w pokoju ale i drzwi, żeby zrobić choć najmniejszy ruch powietrza … i to nas zgubiło. Nasze wrota podziałały jak lep na muchy i zbiegli się do nas towarzysze wcześniejszej niedoli. Także po kilku minutach, nasz pokój pękał w szwach. Docelowo zamknęłyśmy oczęta ok 1:00 …

Od rana żałowałyśmy krótkiego snu i łaziłyśmy jak zombi po pokoju, próbując się odnaleźć.  

Już na śniadaniu, wiedzieliśmy wszyscy, że dzień będzie gorący i trudny do przeżycia a świadomość kilkunastu godzinnej pracy na maksymalnym skupieniu nie poprawiła nam o dziwo humoru. No nic trzeba było zostawić to później pod rozwagę a póki co działać. 

Po dojechaniu na odcinek szybko postawiliśmy swoje punkty w pełną gotowość i czekaliśmy na pierwsze załogi. Na liście startowej było tylko 40 zawodników ale za to mieliśmy 5km odcinka, który się zapętlał a startowanie było „na zielone”. Skupienie było maxsymalne, żeby nie popełnić błędu i nie doprowadzić do jakiegoś nieszczęścia. Pierwsze załogi wystartowały. Było gorąco jak w piekle a pod namiotem nie przemknął najmniejszy podmuch wiatru. Dodatkowo wóz strażacki który stał może 2m od nas cały czas miał włączony silnik więc zafundował nam całką przyjemną inhalacje. 

Ola miała spocone całe uszy pod słuchawkami, Ja miałam wrażenie, że się posikałam, bo miałam nawet majtki mokre, Irek nerwowo trzymał rękę na guziku a Bogdan wydeptał dziurę w asfalcie. Każdorazowo, czekając na start danej załogi, zerkałam Marcinowi na ekran i śledziłam GPS zawodników, którzy aktualnie byli na pętli. Krew się mrozi w momencie, kiedy wyczekujesz sekundy, w której Irek ma zapalić zielone światło kolejnej rajdówce a GPS zbliżającej się załogi, nagle znika z ekranu ….. 

Słyszysz ryk silnika, samochodu nie śledzisz na ekranie i tylko patrzysz na drżącą rękę nad guzikiem zezwalającym na start. Gdzieś na szczycie uciekał sygnał GPS i niejednokrotnie powtarzaliśmy sytuację ze znikającą rajdówka z radaru. Istny koszmar i nie lada stres, podbijany zmęczonym upałem organizmem. Kiedy po drugiej pętli, start opuściła ostatnia załoga, strzeliły wirtualne korki od szampana i sypało się konfetti z nieba hahahhahah

Mogliśmy odetchnąć z ulgą, posprzątać odcinek i jechać do „domu”. Jutro czekała nas kolejna dawka adrenaliny.

Sobota świt, otwieramy z Lilką oczy o 4:00 a tu jakaś inna rzeczywistość. LEJE DYSZCZ.

W nocy przyszła burza i nie opuściła nas do momentu wyjścia. No nic, trzeba było przeanalizować na nowo garderobę na nadchodzący dzień, zjeść śniadanie i iść na żywioł. 

Na miejscu startu Pstrągowej czekał już na nas calutki sprzęt i gdzieś tam jeszcze w oddali majaczył bus. Lało jak z cebra więc od razu rozłożyliśmy namiot i dopiero wtedy zaczęliśmy ogarniać resztę rzeczy. Szybkie znalezienie wzrokiem krzaczastej toalety dodało nam otuchy, bo nie ma nic gorszego jak świadomość, że przez cały dzień nie masz gdzie iść sikać !!! WC było w choinkach, alleluja :D

Dzisiejszy dzień miał kilka przewag nad wczorajszym. Mianowicie nie było upału, ale za to ciągle lało, co mnie akurat bardzo cieszyło bo ostatnimi czasy taka pogoda mi odpowiada. Nie było też zapętlenia się partii odcinka, więc zawodnicy startowali co minutę. Ale za to było praktycznie o 100% więcej załóg, co też nas myślę cieszyło. No i w końcu, strażacy stali daleko od nas więc nie było spalin do wdychania i aromaterapii ahhahahaha

Minus niestety był taki, że warunki do jazdy tragiczne, więc też były nasze solidne obawy, żeby nie było wypadków. Pogoda płatała nam figle i kiedy mieliśmy przerwy przestawało padać a jak szły pętle, z nieba lało się jak z wiadra. Burza ciągle krążyła gdzieś w okolicy, coś mi się wydaje, że jej się u nas spodobało. Ogólnie robota szła nam bardzo sprawnie, mieliśmy raptem jedno wstrzymanie startu, bo załoga wyleciała z drobi, ale rajdówka szybko się otrzepała i pomknęła dalej. 

Największą atrakcją drugiego dnia ścigania były historyki, które w dość licznej grupie stawiły się na starcie. Mi osobiście serce skradł czarny saab i oczywiście Bublewiczowóz :) Fajnie mieć z takimi samochodzikami do czynienia. 

Kiedy nasz start opuściła ostatnia załoga można było odetchnąć z ulgą, bo cały nasz odcinek poszedł bez większych przeszkód. A i jeszcze dla fanu zrobiliśmy bramę ślubną i Ja, jako kierownik, zostałam oddelegowana z łopatą do przywitania Państwa młodych :D:D W nagrodę dostaliśmy pyszne ciasto i trunek. Z rozmachem zakończyliśmy 27 Rajd Rzeszowski.

W tym roku stuknęło mi 10 lat w tym sporcie, a to był mój ósmy Rajd Rzeszowski, który od pierwszego spotkania był okrzyknięty moim ulubionym rajdem. Dlatego też naszła mnie refleksja jak jechaliśmy do domu, że tworzymy naprawdę zgrany team. Gdyby były inne osoby na starcie Lubeni, nie wiem czy by to poszło tak sprawnie. Od początku roku dochodzą mnie słuchy o kończeniu „kariery” kilku osób, sama miałam już raz też z tym skończyć …. ale po tym rajdzie byłoby mi strasznie żal. Żal Nas, wypracowanego zgrania i rozumienia się, wypoconych godzin wspólnie na OS-ach, wkurzania się i wspólnych śmiechów. Mam wrażenie, że partia nowych sędziów, którzy teraz do nas dołączają, nie będzie miała się od kogo nauczyć dobrego sędziowania, jak kilku z nas odejdzie. Ten rajd mi pokazał, że stworzyliśmy coś wyjątkowego i szkoda byłoby to zaprzepaścić.

Mam nadzieję, że to nie był NASZ ostatni Rzeszowski …

Script logo