Road Maraton Ustroń i liszaje Tomka ...

Road Maraton Ustroń odbył się w sobotę, 21 dnia kwietnia. Był to pierwszy wyścig szosowy w tym sezonie więc emocje nam towarzyszące były ogromne. Ekscytacja była tym większa, że odbywał się on na naszej ziemi, czytaj wciskamy się w obcisłe gatki, wychodzimy z domu i już jesteśmy na starcie :D

Ja wyszłam nieco wcześniej rozeznać sytuację na rynku i pooglądać przez aparat, kto jest najbardziej fotogeniczny. Kilku braci rowerowych przekonałam do lodów w zaprzyjaźnionej cukierni i tak oto nastąpiło rozluźnienie przed startem.

Chciałam obskoczyć 3 miejscówki fotograficzne ale jakie było moje zdziwienie, jak ugrzęzłam na dole ul. Żródlanej, bo trasa była całkowicie zamknięta (jak nigdy).

Pierwsze dwie pętle byłam nieco wyżej na wcześniej wspomnianej ulicy i z podjazdu koleżanki fotografowałam pędzące grupy kolarzy. Chłopaki tak szybko jechali, że sam aparat się zdziwił i nie zdążył wszystkich zrobić hahahahha Prędkość była zawrotna ok. 70km/h więc musiałam się mocno postarać i wytężyć wzrok bo Remek mknął jak strzała. Jak była luka między przejazdami zjechałam szybko na dół i tam już zostałam do samego końca wyścigu.

Niestety, 21 kwietnia był dniem Debila ….

Pojawiła się fantastyczna starsza para, na katowickich rejestracjach, która miała wszystko i wszystkich głęboko z tyłu, bo jechali na grilla dla znajomych !!!!! Nie tylko organizator straciłby życie na masce jego samochodu ale i wielu kolarzy pędzących zza zakrętu …

Na szczęście dosłownie chwilę przed pojawieniem się peletonu, udało się jakoś pajaca ściągnąć z trasy i zaparkować na poboczu. Pani była do tego stopnia starą ścierą, że życzyła kolarzom śmierci, co spotkało się już z ostrą reakcją z mojej strony. Do tego stopnia podniosła mi ciśnienie, że wyostrzyły mi się zmysły i chwyciłam pędzących na dół zawodników w fajnych ujęciach :D

Wszystko szło już gładko, pętla za pętlą, mijali mnie Ci sami zawodnicy i kiedy po raz kolejny minął mnie Remek w kilkuosobowej grupie, usłyszałam ten straszny dźwięk składającego się roweru …. Odwracanie się w stronę źródła dźwięku zajęło mi wieczność a w głowie zabrzmiało tylko jedno zdanie kierowane strachem …. ku..a Remek !!!!!

Kurz opadł a moim oczom ukazała się stojąca biała postać (Remo) a leżała czarna. Za chwile ciemna plama z asfaltu się podniosła i kolejne sceny przed oczami szły już poklatkowo : czarne stoi, czarne ma koszulkę Presing, czarne ma na nodze tatuaż …. Jezus Maria TOMEK !!!! Puściłam się w dół jak gazela uciekająca przed gepardem. W międzyczasie Remek i kolega Tomka z teamu wsiedli z powrotem na rowery i zaczęli gonić peleton.

Zanim dobiegłam, Tomek był już w karetce a rower leżał na poboczu. Adrenalina działała. Zgarnęłam rower pod auto, pooglądałam czy coś mu nie dolega, żeby wiedzieć co powiedzieć poszkodowanemu, bo przecież to najważniejsze.

O dziwo rower mało ucierpiał, bo tylko łańcuch spadł (tak na pierwszy rzut oka), więc dobre wieści dla Tomka były, pytanie co z nim …. zanim się tego dowiedziałam, minęła kolejna pętla. W międzyczasie Remo przegonił mnie pod górę z bidonem, bo musiałam znaleźć dogodne miejsce do tego manewru .

W końcu drzwi karetki się otworzyły ….

Z duszą na ramieniu zajrzałam do środka. Tomek leżał na noszach oblepiony opatrunkami a do ręki przyczepionego miał drinka z parasolką (kroplóweczka na dzień dobry). Wyglądał na mocno obolałego i nie ukrył tego nawet uśmiech na jego twarzy. Przekazałam najważniejszą informację – rower cały i liczyłam na tą samą informację z jego strony … na szczęście taka była. Kości całe, nic nie połamał ale uderzył głową więc Panowie nie chcieli go tak od razu wypuścić z wozu. Docelowo do końca wyścigu siedziałam z Tomkiem w karetce. Zwiozłam go po wszystkim na dół i oddałam w troskliwe ręce żony. Synek miał kupę szczęścia i na pewno czuwał nad nim anioł stróż …. może to był nawet Serafin ….

Script logo