Spałam jak królik czyli nieprzespana noc przed Leśnicą

Spałam dzisiaj jak królik ….
Głupie sny, kość guziczna dawała popalić jak nigdy, (chwilę wcześniej musiała ścierpieć 63km na siodle) Emek chrapał … tyle dobrze, że pies nie dreptał, bo był na wakacjach.

Byliśmy już w Katowicach więc do Leśnicy mieliśmy tylko godzinę drogi. Na spokojnie o 10:00 wyjazd, prosta droga, słońce na niebie i zimny wiatr, czyli pogoda idealna na rower. Szykował się fantastyczny wyścig szosowy :D
Po dojechaniu na miejsce jak zwykle szybka organizacja i gotowość znacznie przed startem. Emek pojechał na rozjazd a Ja z całym majdanem sprzętowym udałam się trzy kroki dalej na Rynek, gdzie była ustawiona „rampa startowa” i powoli zbierali się zawodnicy.

O 13:00 peleton wystartował. Ja z Rafałem, tatą Kuby, poszliśmy trasą w stronę mety, czyli Góry Św. Anny. Zakładaliśmy przejść jak najszybciej 5km i czekać na chłopaków na szczycie. Chwilę po starcie, zaczęliśmy z Rafałem realizować nasz plan …
Pierwsze 100 metrów było super. Wiał lekki wiaterek, świeciło słońce a my mieliśmy z górki …. Czar prysł za pierwszym zakrętem. Z minuty na minutę robiło się coraz cieplej, naszym oczom ukazała się dłuuuuga prosta droga, na końcu której majaczył jak fatamorgana wóz strażacki.  Trasa zaczęła piąć się w górę i poczułam, że oprócz tyłka, nogi też mi się trochę wczoraj zmęczyły. Udawałam przed Rafałem, że nic mi jest, ale świadomość pokonania 5km pod górę z prawie 10kg plecakiem na plecach nie dodawała mi otuchy. Oczywiście jak zwykle panikuję …..
Mój nieświadomy niczego towarzysz podróży, skutecznie mnie zagadywał. Po chwili  też wyciągnęłam aparat więc ciężar na plecach nieco zelżał i zaczęło się myślenie nad kadrami i dobrymi ujęciami.
Czas mijał, a my krok za krokiem byliśmy coraz bliżej celu. Co jakiś czas padałam na ziemię, żeby robić zdjęcia pędzącym w dół kolarzom. Oboje z Rafałem mieliśmy ciarki na plecach, kiedy z zawrotną prędkością mijali nas nasi bliscy … i ten charakterystyczny dźwięk ….. brrrrrrrrr
 Słońce było coraz wyżej i zrobiła się istna patelnia !!!!! Co zakręt zmieniała nam się sceneria, więc co chwila piliśmy wodę i poskutkowało to tym, że trzeba było uznać krzaki za całkiem dogodną toaletę. Był to też dobry moment na zmianę obiektywu. Role podzieliliśmy szybko – Ja plecak, Rafał krzoki, potem zmiana :P
Przyroda  nie była zbyt gęsta ale stwierdziłam, że kolarze jadą tak szybko z góry, że pewnie nawet nie zwróciliby uwagi na różową plamę sterczącą przy drodze …
Żeby nie było tak uroczo pojawił się element stresu. Patrząc przez aparat, mam zaburzone poczucie odległości i nie do końca ogarniam wzrokiem to co dzieje się przed szkłem, więc szybko zaczęły się pytania, czy nasi przejechali ???
Ja ich nie widziałam, Rafał też nie, a czoło peletonu już nas minęło jakiś czas temu. Stres to całkiem niezły motywator, więc przyspieszyliśmy kroku. Do momentu dotarcia na Górę Św. Anny, kolarze zrobili 4 z pięciu okrążeń i na szczęście w końcu moje oczy zarejestrowały „naszych”.

Na mecie zostawiłam Rafała na piwku a Ja poszłam nieco dalej, żeby porobić jeszcze  ujęcia z podjazdu pod metę. Pierwszy zakręt już mi się podobał, ale stwierdziłam, że pójdę trochę dalej zobaczyć czy nie ma ładniejszego pleneru, najwyżej się wrócę.

Nie zeszłam jednak zbyt nisko, bo przed moimi oczami ukazała się Ona. Ruda, puchata i mięciusia Honda !! Kolejny krok i obok Hondy widzę Fruzię a za nimi Monikę, czyli pełny skład ObiFru Team.

Straciłam panowanie nad sobą i zaczęłam się cieszyć jak dziecko na widok cukierków !!!! Nie widziałam dziewczyn 2 lata a tu taka niespodzianka :D :D

Trzy kobitki, pod sztandarem różowego flaminga, dzielnie kibicowały kolorowym kolarzom, a w szczególności jednemu, Dawidowi.  Oczywiście zostałam z ObiFru !!! Nie umiałyśmy się nagadać i nacieszyć sobą nawzajem.

Fruzia zaczęła głośno kibicować, Ja darłam się do chłopaków, że mają jechać szybciej, Honda olała system i położyła się na pięknym kocyku z flamingami  a Monia się z nas śmiała.
Został nam ostatni, szósty podjazd do mety, kiedy naszą uwagę zwróciły krzyki dobiegające z zakrętu tuż przed metą. Patrzymy w kierunku rozgardiaszu, a na samym środku drogi stoi auto !!! Z dołu już nadjeżdżało kilku zawodników a auto dalej stoi. Ogólne zamieszanie, wrzaski na kierowce i przekrzykiwanie się nawzajem … co się okazało. Panu skończyło się paliwo !!!!!!

Zanim przyszła pomoc w postaci kilku panów, żeby zepchnąć samochód, niektórzy zawodnicy finiszując, musieli nadepnąć kilka razy więcej na pedały, aby ominąć przeszkodę.
Koniec końców, wszystko dobrze się skończyło. Wszyscy NASI chłopcy dojechali szczęśliwie do mety a Monika z Dawidem zwieźli mnie na dół do rynku, więc  oszczędziłam moim nogom kolejnych 5km dreptania.
Dziękuję  załogo różowego flaminga :D

Script logo