Upał, pył, kurz … Rybnik – Bitwa BAM

6:00 rano … znowu wyją wilki !!!! Cholerny budzik wzywa do walki z samą sobą. Przegrywam. Leże jeszcze chyba wieczność na łóżku i oceniam swoje szanse na przeżycie. Po wczorajszym Road Maratonie w Ustroniu, wypadku Tomka i urodzinach siostrzenicy do pełni wigoru mi daleko.
Śniadanie, gadka szmatka z mamunią i dalej w drogę. W ruch poszła duuuża kawa i kremik z filtrem … tak, jestem gotowa i mogę  jechać na focenie.
W Rybniku byliśmy o właściwej porze, żeby zdążyć  na spokojnie zjeść drugie śniadanie, odebrać numer i pakiet startowy, wysikać się i przebrać … tzn. Remek, Ja już byłam w pełnym rynsztunku :D
Z upływem czasu zaczęli się zjeżdżać członkowie Taurs team.
Remek pełen relaks bo uzupełnił krew, Aga reanimowała pulsometr, który i tak wyzionął ducha, Robert się szwendał tu i tam jak mrówka robotnica, Tomki i Marcin byli na rozjeździe a Mateusz wparował pod Taurusowy namiot na ogniu na rowerze.  Czyli mamy komplet startujących.
Ja poszłam na zwiady. Spotkałam Tomka, który po wczorajszym wyglądał już znacznie lepiej i nic oprócz opatrunków nie wskazywało na to, że wczoraj wydzwonił.
Na starcie maratonu stawiło się ponad 1000 zawodników i z minuty na minutę robiło się coraz ciaśniej w sektorach.
11:30 – odliczanie – start.
Setki kolarzy ruszyło na piaszczystą i wymagającą trasę Rybnickiego maratonu. Kiedy ruszył piąty sektor, Ja, Iza i Bogdan (rodzice naszego Mateusza i moi wieloletni kompani z rajdowych OS-ów) ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Idąc od mety mieliśmy kawałek do przejścia. Prażyło już słońce i z niecałymi 10 kg na plecach robiło mi się powoli ZA ciepło. Trochę wytchnienia dał nam las, który robił za świetny parasol przeciwsłoneczny. Niestety ściółka była sucha jak pieprz i kiedy ustawiliśmy się na pozycjach strategicznych do fotografowania i kibicowania, najpierw  naszym oczom ukazał się tuman kurzu !!! Dopiero po chwili usłyszeliśmy charakterystyczny dźwięk jęczących łańcuchów. Z daleka wołały o pomstę do nieba.
Nastawiłam lunetę na czoło małego peletonu, popatrzałam przez wizjer i oniemiałam. OK jechali … ale jacyś dziwni. Patrzę jeszcze raz, byli zdecydowanie bliżej więc już widziałam wyraźnie co mnie zaniepokoiło …. każdy, niezależnie od płci miał zarost !!!!
Bidoki jechały w takim kurzu, że byli nim oblepieni od góry do dołu a wokół ust i nosa tworzył się zarost fantom.
Trasa fajna pod względem widokowym więc i Ja mogłam się nieco pobawić kadrami. Tu szpalerek drzew, tu promienie światła czy kurzawa jakby burza piaskowa przypuściła  zmasowany atak na moje obiektywy. Lubię Rybnik właśnie za różnorodność trasy a ustawiłam się w takim miejscu, że HOBBY mijało mnie 2 razy a dystans PRO 4. Wystarczyło przejść kilka kroków w kolejną alejkę i moim oczom ukazywał się inny świat : )
Skakałam, biegałam, wspinałam się na pagórki, leżałam na piachu i w mięciutkiej trawie, wszystko po to, żeby zrobić najlepsze ujęcia. Po ponad 2h byłam tak zmęczona, jakbym co najmniej przejechała raz ten maraton
Powoli zaczęłam kierować się do mety. Moje nogi były coraz cięższe a usta coraz bardziej spragnione. Kiedy tak hasałam po lesie wypiłam całą wodę, którą miałam ze sobą a teraz tego żałowałam. Modliłam się do Bogów o siłę dla moich nóg, żebym doczołgała się pod Taurusowy namiot.
Po wędrówce, która dla mnie trwała wieczność dotarłam w końcu do celu i stać mnie było tylko na to żeby usiąść na leżaczku i się uśmiechnąć :D
To był kolejny zajebisty maraton :)

Script logo