Zdanie, które mrozi krew w żyłach

Niedziela. Raba Wyżna. Tatry. Już na samą myśl uśmiech pojawia się na twarzy. Aparat naładowany, karty wyczyszczone, pełna gotowość.
Ale tak sobie rano siedzę, czuję przytłaczające mnie zmęczenie, z balkonu nieśmiało  zagląda na mnie leżak. Ja go przepraszam wzrokiem a w mych oczach zaraz pojawią się łzy. Patrzę na Remka, potem znów na leżak, Remek patrzy na mnie i nagle z mych ust wydobywa się zdanie, które mrozi krew w żyłach – „muszę brać aparat?”   (!!!!!!!!!!!)

O 7:30 siedzimy już w aucie, Ja, Remek i Arisa …. aparat został w domu i machał nam na pożegnanie z okna. Pierwszy raz zrobiłam sobie wagary !!!!! Stwierdziłam, że dzisiaj zrobię przyjemność leżakowi.

Droga jak zwykle cudowna, wiodąca nas przez naszą ulubioną Słowacką krainę, przez góry, pieknie obrośnięte choiną, u nas takich nie ma ;)
Już za Żywcem musiałam zmienić Remka, bo chciało mu się spać. Arisa zdziwiona i zbulwersowana zarazem, przyjęła fakt, że ktoś ciśnie się na jej kawałek tylnej kanapy. Miałam Go obudzić na przejściu granicznym ale zasnął snem kamiennym więc stwierdziłam, że jadę dalej. Tak przejechałam nasze ulubione miejsca z „wymarzoną działeczką”. Przystanek obowiązkowy to stacja benzynowa tuż po powtórnym przejechaniu granicy , w Lipnicy Małej. Tam zawsze uzupełniamy paliwo, płyny pobudzające i robimy nalot na wc.

I tu zaskoczył mnie śpiący królewicz, bo gdy tylko zajechałam pod dystrybutor, to mimo kamiennego snu, jak wcześniej myślałam, od razu się obudził, normalnie czujny jak królik hahahahaha
Zrobiliśmy co trza było i dalej w drogę. Od naszej ulubionej stacji to już tylko kawałek.

Zajeżdżamy na miejsce …. a tu pusto. Jeszcze godzina czynnego biura zawodów, a tu nie ma żywego ducha. Świerszcze cykają, muchy latają, krowa się pasie, rzeczka spokojnie i miarowo sobie szumi a na naszych twarzach maluje się zdziwienie i niedowierzanie. Szybkie sprawdzenie strony organizatora, co jest grane, a tu wszystko w należytym porządku … kierownik wycieczki wbił złe koordynaty w navi hahahahahaha. Tyle dobrze, że cel naszej podróży był blisko.
Już na poprawnych współrzędnych dojechaliśmy w ciągu 20 minut do celu, ładnie zaparkowaliśmy, Emek odebrał pakiet startowy i 2h „luzu”.
Ja wyciągnęłam wcześniej wspomniany, uradowany wycieczką leżaczek i siadłam. I tak sobie siedziałam, zrelaksowana, śledząca tylko wzrokiem to co się dookoła działo.
Pół godziny przed startem Emiś poszedł się rozjechać. A że Ariska nie usiedzi na miejscu, to poszłyśmy na trasę pooglądać. Porobiłam Tauruskowi trochę zdjęć telefonem (to silniejsze ode mnie ), jakiś filmik nagrałam czy dwa, ogólnie bez spiny, pełen relaks :D
Start został opóźniony o 15min, ze względu na mszę w pobliskiej wiosce, bo tłum pędzący do kościoła, mógł wejść w reakcje z peletonem.
12:15 wystartowali !!!!!
Nagrałam filmik ze startu, Remek pomachał a Ja z ulgą stwierdziłam, że w końcu moje upragnione 2h dla siebie  *_*
Doczłapałam do leżaczka, napoiłam bydle na smyczy i siadłam …..
Ach jakże cudownie było nic nie robić. Patrzeć na leniwie przesuwające się ciężkie chmury, słuchać szumu strumyka za plecami, szelestu liści, śpiewu ptaków …. i jęczenia futrzaka koło leżaka !!!!!!
Małpie się włączyła tęsknota !!!! I miałczy, i piszczy i skomle …. nosz jasny gwint !!!!! Czy nie możemy posiedzieć chwili w spokoju i ciszy. Zrelaksować się, naładować baterii, ponudzić ????
NIE !!!!!

Nosz w dupe jeża nietoperza !!!! Przekupstwo gofrem nie zadziałało. Musiałam wstać, chodzić z dzieckiem na spacerek, to tu to tam po krzaczorkach, zaglądać do każdego zakamarka, zabawiać rozmową … szkoda że piłki nie wzięłam, miałabym spokój po 5 rzutach wrrrrrrrrrr
I tak prysły zmysły z mojego odpoczynku i czytania książki w spokoju. W poszukiwaniu przygód i zabijania czasu, poszłyśmy też w pole pszenicy. Ale jak tylko przyszarżowało coś na nas zza łanów zboża, to nawet się nie oglądałam jakiej wielkości był ten dzik, tylko pitałam co sił w nogach. Policjanci, stojący niedaleko musieli mieć nie mały polew z wielkiego zająca, którego udawałam uciekając (choć wolałam robić za szczupłego i zwinnego geparda). Ale nic, najważniejsze, że uszłam z życiem. Nie zważając na czworonożne dziecko postanowiłam wrócić na leżaczek.
Usiadłam, zatopiłam się w jego wyblakły materiał z myślą o błogim stanie jaki mnie czeka w jego objęciach. Z uśmiechem na twarzy zamknęłam oczy z chęcią odpłynięcia w błogość, a tu pierwszy zawodnik już wpada na metę !!!!!!
Nosz jasny gwint !!!!!! Co to ma być ??? Co tak szybko !?! Ja wiem, że wyścig szosowy to inna bajka, ale Ja nie zdążyłam zrealizować swojego planu na wyciszenie … nieeeeeeeeeeeeeeee

Ze zwieszoną głową i radością na twarzy piesełka, znowu powędrowałam w stronę trasy.
Chwilę poczekałam i w oddali już mieniła się żółta koszulka i uśmiechnięta twarz Remka :D
Najważniejsze, że dojechał cały i zdrowy, no i jak zwykle zadowolony.
I chyba to jest najfajniejsze z całej wycieczki :D

Script logo